środa, 16 stycznia 2008

w zagubionej przestrzeni trwam

znaleźć lekarstwo na te ulice, poniemieckie kamienice, na znieczulice powietrza. wcześnie spać chodzić. rześka wstawać. żeby starczyło czasu na ułożenie włosów, na makijaż, porządne śniadanie. potem i tak się wszystko rozpadnie. przepadnie. a może przesadnie... się określam. nie określam. skreślam.

bo głębinowo jest. włos za włosem z głowy rwę. w czesaniu przeczesuję myśli. zasypiam w ciszy wielkomiejskiej. potem się budzę potem oblana. wokół znów czarno-biała plama. ten czas trzeba znieść jak jajo strusia. potem będzie już cieplej. już goręcej. już we dwoje. wciąż i zawsze. w przyczółku nad wielką wodą czasu i przestrzeni. bo na razie nie widać przestrzeni. nie czuć strumieni. światła. życia. oddechu czystego. uciekam tu myślami w coraz głębsze "ja". się zapadam. odpadam. przepadam. (się gubię jak igła w stogu siana. jak kłos siano w stosie igieł. oj boli.)

dzień dniu nie równy. zapach. uśmiech. dotyk. wszystko sen. znika. rozpływa się. zostaje głuchy w uszach dźwięk. byłoby miło gdyby gdyby się nie skończyło. się nie rozmyło. nie wymydliło. /bo wielkie moje demony czasem się budzą. mówią mi gdzie moje miejsce w hierarchii./

--

z wiadomości tradycyjnych/abstrakcyjnych:
- pan mądry napisał swoje zdanie o moich wypocinach w wielkiej wirtualności,
- a i wrocławska "cegła" pieszczotliwie połaskotała moje lico tudzież ówdzież ego.

środa, 2 stycznia 2008

wespół i w pojedynkę

znowu sama. czarno-biała plama. mój malinowy jaś po prawie tygodniowym pobycie zatrzasnął za sobą toporne drzwi wagonu kolejowego i zniknął gdzieś w dali. znów setki kilometrów chwil i wspomnień, i ciągły głód kolejnych. nadzieja, która trzyma w pionie. każe trwać. czekać.
(w nawiasie) i poza nawiasem mówiąc. bo jest jak nigdy wcześniej. mocniej. wyraźniej. w jedności we dwoje. czysto i czytelnie. oby trwało... życie. bo przecież mimo wszystko.

a teraz czuć. że mi członki wszystkie marzną. że niedopasowanie we mnie jest. leżeć tylko i oczu nie otwierać. bo było dużo. i świat się cieszył. unosił i znów opadał. ale zawsze w rozkoszy. tylko w rozkoszy. bo wciąż pachnie mi tobą. powietrze przestrzeni. w natłoku myślenia. pachnie mi tobą. myślą codzienną. tobą. mną odmienną. tobą. (i nie mówię głośno słów, które najwyraźniej słychać tylko w czasie milczenia. i choć nie jest tak jak w nastoletnich wyobrażeniach, to jednak nie można powiedzieć, że mniej wyjątkowo.) i nagłych sytuacji wyjątkowych było. i trudnych decyzji. opanowywania życia. jakby się znów uczyło chodzić. stawia się pierwsze kroki. najpierw słabo, niepewnie. opiera się o ściany i meble, potyka, czasem przewraca, ale zawsze wstaje i próbuje znów. bezustannie. ale przecież trzymając się za ręce wszystkie te upadki nie bolą tak mocno, a błędy można łatwiej skorygować. tak, i tego się trzymajmy. wespół w zespół.

--notka na dwie dzielona--

nachodzą mnie myśli, że zbyt otwarta jestem w tym swoim zamknięciu. jutro trzeba tam wrócić. do pokoju na dziesiątym piętrze. już czuję jego zimny oddech na swoim karku. sapie i dyszy. tych wszystkich stosów książek, kartek, karteluszek, prac, zaliczeń, przygotowań. do zatłoczonych tramwajów, zakorkowanych ulic, dźwięków klaksonów, sygnalizacji świetlej, powietrza ostrzejszego niż japońskie noże kai. do pustki, w którą wpada się jak w studnię bez dna. moja samotność tam byłaby czulsza gdybym mogła cierpieć ją sama. bo gdy szare ulice, słońca brak i zimy roztrząsa się wszystkie myśli po kątach własnego ustroju jak ksiądz okadza wnętrze.
/a pani nosowska radzi i wie co mówi./

w telegraficznym skrócie:
- święta były puste. jak echo na pustyni. nie ma co wracać, wspominać, roztrząsać sprawy.
- się boję dinozaura, aż książkę trudno w ręce utrzymać dłużej niż minut pięć. o czytaniu już nie wspominając.
- powinnam tutaj powziąć jakieś postanowienia noworoczne, plany, marzenia do zrealizowania i owszem jakieś tam wyobrażenia swoje mam, ale może lepiej nie wystawiać ich tak na afisz, co by ich nie owiało, wywiało... w siną dal.
- podsumowania powinny jakieś być, ale cóż znaczą statystyki wobec przeżytych 12 miesięcy, 52 tygodni, 356 dni... tak jakby znów zamiast całej lektury przeczytać tylko opracowanie.
- znów nowa fryzura nie w pełni mnie satysfakcjonuje.


♪♪ interpol - fog. vs. mould for the length of love.mp3