znaleźć lekarstwo na te ulice, poniemieckie kamienice, na znieczulice powietrza. wcześnie spać chodzić. rześka wstawać. żeby starczyło czasu na ułożenie włosów, na makijaż, porządne śniadanie. potem i tak się wszystko rozpadnie. przepadnie. a może przesadnie... się określam. nie określam. skreślam.
bo głębinowo jest. włos za włosem z głowy rwę. w czesaniu przeczesuję myśli. zasypiam w ciszy wielkomiejskiej. potem się budzę potem oblana. wokół znów czarno-biała plama. ten czas trzeba znieść jak jajo strusia. potem będzie już cieplej. już goręcej. już we dwoje. wciąż i zawsze. w przyczółku nad wielką wodą czasu i przestrzeni. bo na razie nie widać przestrzeni. nie czuć strumieni. światła. życia. oddechu czystego. uciekam tu myślami w coraz głębsze "ja". się zapadam. odpadam. przepadam. (się gubię jak igła w stogu siana. jak kłos siano w stosie igieł. oj boli.)
dzień dniu nie równy. zapach. uśmiech. dotyk. wszystko sen. znika. rozpływa się. zostaje głuchy w uszach dźwięk. byłoby miło gdyby gdyby się nie skończyło. się nie rozmyło. nie wymydliło. /bo wielkie moje demony czasem się budzą. mówią mi gdzie moje miejsce w hierarchii./
--
z wiadomości tradycyjnych/abstrakcyjnych:
- pan mądry napisał swoje zdanie o moich wypocinach w wielkiej wirtualności,
- a i wrocławska "cegła" pieszczotliwie połaskotała moje lico tudzież ówdzież ego.