niedziela, 21 października 2007

po cichu te słowa wypuszczam. rozprute na całe gardło

odgadywanie emocji. trzymanie w ryzach. w szachu. jeszcze mat i gra skończona. trzymam się w tym uśmiechu, w tym oddechu. nieskończoności, której nie widać gołym okiem. której dotknąć palcem nie można. potrzeba nam czasu, dystansu. perspektyw wielu. opisuję te stany osobliwe w sposób niezrozumiały dla siebie samej. nigdy nie kończę. zasypiam. budzę się czysta i rześka. wolna od niepotrzebnych wrażeń. a wieczorami znów rozbijam myśli na atomy. i wciąż nie wiem nic. i wciąż chcę mocniej żyć.

dziś długo nie zasnę. dziś męczyć mnie będzie półmrok. dziś w nocy długo nie zasnę i nie wiem czy to bezsenność, czy tylko bezsens. i pada znów. słyszę deszcz, oddech swój w powietrzu zawieszony. przenikanie.

w tym mieście gdzie żyje się na czerwonym świetle chodzę po ulicach ufnie. choć wciąż obco. nie ma miejsc gdzie mogłabym schować się przed światem. nie ma miejsc gdzie możnaby żyć. przeżywać. emocjonować się. spędzać się. zły, pusty czas przepędzać. tak, tu też może być dzień świstaka. choć świstak siedzi już na bezrobociu. ale szukam wciąż. szukam kąta na moją miarę uszytego.

trzeba mi było stu pięćdziesięciu kilometrów dystansu żeby zauważyć mnogość toksycznych relacji. paradoksalnie pod wieczną kontrolą. paradoksalnie w strachu i niepewności jutra. paradoksalnie w wiecznym krzyku. odległym, ale wystarczająco bliskim. muszę się rozprawić z tym. mocniej się muszę przemóc. rozprawić. rozprawić i odprawić. fachowca mi trzeba.



nie umiem mówić ci o uczuciach. że się boję spoglądać na słońce. że nic nie jest takie proste. że czasami płaczę nocami... ot, tak. niby bez powodu. i że się boję miłości. obdarcia z uczuć wszelakich. pornografii dusz. i że spadną wszystkie liście, że się skończy wszystko... że jest wiele we mnie mgły. że śnią mi się paranormalne sny. nie umiem mówić ci... z resztą nie pytasz o nic.


--
/kradnę ten sygnał tak długo i namiętnie. że aż się do tego stanu przyzwyczaiłam. aż tu nagle zonk. jeśli plan wypali już dziś łóżko, na którym spoczywa narzędzie mej zbrodni (laptop w sensie) zostanie zajęte. w sumie do tego dążyłam, tego chciałam i chce nadal. i może z nową jego posiadaczką (łóżka w sensie) da się jakoś dogadać w sprawie internetu legalnego. bo wcześniej to samakra. no samakra./


-apdejt-
21. października, 12:04

ale mnie babka (ta mieszkaniowa) wkurwiła, no! ona se może czekać do końca miesiąca, ja nie mam najmniejszego zamiaru! nosz q***, naiwność ludzka nie zna granic! zero nauczki, zero refleksji...


♪♪ nosowska - odrobina dyskomfortu.mp3

piątek, 12 października 2007

złodziejskie nasienie

nie, nie mam internetu. nie przyjechałam też na weekend do domu. to urojenie, że tu jestem. nieprawdą jestem, że... jestem. chciałam radiowy. pan był, pan sprawdził. sprzęt mój za słaby. kupno innego to kosztowne szaleństwo. ale, ale pan był, pan sprawdził, a hasła do sieci wykasować zapomniał. i po 2 godzinach prób - jestem! ja - złodziejskie nasienie! z tą moją zawrotną prędkością mogę szaleć! wysłać pare wiadomości na gg, tę notke napisać przeczytać wiadomości z kraju i ze świata... ale poczty elektonicznej już nie uświadczysz. ale cóż. cieszmy sie tym co mamy. zaśniem, obudzim się i ślad po tym zaginie. ot, taki przybytek chwilowy.
jest mi tu niewygodnie, zimno (na podłodze sobie siedzę tym moim laptokiem, kręczem sobie i inne dziwne pozy przyjmuję), kręgosłup cierpi, garb rośnie, ale przesunąć komputra nie mogę ani na centymetr. (to tyle w kwestii wyjaśnienia mojej sytuacji bieżącej.)

teraz o mieście mostów będzie. bo jest pięknie. bo liście szaleją po ulicach w kolorach różnobarwnych. idzie się rano, wsiada w niebieskie tramwaje, które co rusz zmieniają swoje trasy. ciśnie się w tych tramwajach, stoi w wiecznych korkach. później biegiem przez cuchnący moczem dworzec główny, aż do wielkiego w swoim chaosie intytutu pedagogiki.

a ludzie tam są różni. niektórzy na ranę przyłóż, a innym się głowach poprzewracało i żadna moda polska, tylko biały kaftanik i drzwi bez klamek. ale się żyje. ma się tu okno, ładny widok z dziesiątego piętra (pan ładny od internetu też to przyznał), babcię starowinkę z jej historiami, parę ciepłych, skurczy-bykowych ramion do objęcia (które oto teraz, z tego miejsca serdecznie pozdrawiam i obcałowuję!)... współlokatorki już nie mam. zwiała. ponoć przypadkiem, ale coś za dużo przypadków w tym przypadku pomińmy fakt. szukam nowej. oby lepszej.

mnie jest tu trochę obco póki co. gdyby nie skurczy-bykowe ramiona trudno byłoby oddychać. szukam miejsca sobie. przestrzeni. ludzi. otoczenia. czasami w galeriach, od których się tu roi. w ciasnych, dusznych i zadymionych kawiarniach pełnych tak zwanych artystów krzyczących do siebie niezrozumiałe słowa, ciągnących faja za fają, pijących piwo i wódę na zmianę, śmierdzących, bluzgających do siebie nawzajem i o sobie wzajemnie, piszących wiersze o gnijących organach wewnętrznych, o śmierci nagłej i niepotrzebnej, i innych rewelacjach z życia wziętych... potem ucieka sie z miejsc takich, bo dym w głowie przewraca, kręci, wprowadza w stan letargu. i unika się, unika ich jak ognia. tam ludzi jedzą na przystawkę. więc szuka się wciąż, szuka... bo nie ma miejsc gdzie można by cierpieć samotność samemu.


--
hotspoty są, owszem. w rynku na przykład. ale jakoś nie mam odwagi popitalać z laptopem do miasta. dwa zderzenia w ciągu dwóch tygodni z pijaczkami wystarczą. więcej przygód mi nie trzeba.