niedziela, 7 września 2008

dwie strony medalu

jutro przyjedzie radość. uśmiech przyjedzie i ukojenie. spokój ciepła, lekka, bezpieczeństwo i miłość przyjedzie.

a tu za dużo chaosu, za dużo burz i wyrw. pisanie pracy zdecydowanie NIE idzie. chęci, motywacji i zapału brak. wyrzuty sumienia są jak jad wpuszczony w moje ciało. wyżerają powoli tkanki, jedną po drugiej. są jak kwas. wypalają pozostawiając po sobie suchy syk. bardzo trudno je znieść i może dlatego równie trudno się im sprzeciwić i zacząć znów pisać.

wybudowali nam galerię. jest ciasna, ale własna. dobrobyt już wali drzwiami i oknami. teraz już wszystkiego będzie pod dostatkiem i przelewać nam się będzie, wylewać, oblewać, ulewać...

po wielu miesiącach i perypetiach spotkałam w końcu kuleżankę-ankę, i to dwukrotnie. szał. kupiłam sobie sraczkowaty lakier do paznokci (co okazało się dopiero w domu, bo w galeriowym świetle wszystko wygląda uroczo, ochoczo), dzięki innej kulerażnce również ance i niezdyscyplinowaniu wobec pani od wierszy zdobyłam łódź, a tak kunkretnie turniej, który odbywał się w sobotnie popołudnie. mam wieczne pióro parkera i zbieram pieniądze na wkłady. a pomyśleć, że dzień wcześniej zmierzałam nie jechać...

jeszcze dziś. cóż. ciężko aż zacząć, a co dopiero pójść z tym koksem dalej.
czym bardziej znam i poznaję ludzi, i ich dziwactwa, tym bardziej widzę, że wcale nie jest ze mną aż tak źle. że nie odbiegam od tak zwanej normy, która w ludzkim mniemaniu jest jednak bardziej normalna i odbiegająca od rzeczywistości.
przykro mi i to bardzo. cóż, nie jestem idealna, nie jestem na każde wezwanie, zawołanie. niestety mam też swoje życie, swoje sprawy, zobowiązania i plany. a te, pech, niestety są dla mnie ważne, czasem ważniejsze niż innych. cóż, nie jestem idealna. na każde wezwanie, zawołanie. na każdy czas, każde miejsce. a że tak lekko i swobodnie wpadam w kanał wyrzutów sumienia, że tak łatwo mnie w nie wpędzić... cóż, lata praktyki i nauki u mistrza przynoszą efekty.