niedziela, 26 października 2008

będzie spadać długo, potem wstanie lekko...

to bardzo silna i mądra kobieta jest. nikogo się nie boi, na nikogo się nie ogląda. przed siebie dumna idzie do boju, do celu. podąża. zmierza. ta bliska, obca mi kobieta. nie wiedziałam co mówić żeby nie wydać się zbyt nonsensowną. nie wiedziałam co milczeć żeby nie wydać się zbyt głupią.

a ja wzruszam się na filmach. ja mała. ja afektywnie niepewna. ja zamknięta w czterech ścianach własnego istnienia wtapiałam się w siebie, wyłączałam myślenie jak światło w nocy. ja wewnętrznie rozkruszona wbijałam sobie paznokcie w dłonie tamując bezbarwną krew emocji. pomagało. pomagało bardziej niż mogłam sobie to wyobrazić. by potem nocą, samotnie, w poduszkę rozdrapywać te rany na nowo. uwalniać organizm od toksyn. odkrywać siebie.

--
po pogrzebie. widziałam kuzynkę po trzynastu długich latach, które nie wiedzieć kiedy minęły. rozmowy krótkie, zbyt krótkie by móc poznać się na nowo. odkryć się przed sobą.

wiązanki wkrótce zwiędną. oprócz tego, że miałam niepowtarzalną okazję zostać gwiazdą pogrzebu, ale z niej zrezygnowałam (nieszczęsne zdjęcie niesione - na szęście nie przeze mnie - tuż przed trumną. conajmniej jak w korowodzie), że miejsca w kościele były przypisane do ludzi (szkoda, że nie umieszczono wizytówek żeby uniknąć błędu - jak na weselnych stołach - i wcześnie nie urządzono prób), i w końcu, że dowiedziałam się kto w tej rodzinie rządzi (teraz nie dziwię się czemu ta rodzina tak wygląda, jaki szef taka załoga...), oprócz tego wszystkiego zapamiętam człowieka. i nie jego wysuszone ręce, czy przypudrowany nos. zapamiętam to, że nigdy nie można być za dobrym, że staranie się wcale nie daje biletu na lepsze i szczęśliwsze życie. przynajmniej nie obiektywnie, ale pozostawia uśmiech. taki szczególny, rzucany w przestrzeń. i że śmierć wcale nie musi oznaczać niewoli - tak jak mówią to księża (wg. ich tezy tylko pogrzeb wyzwala z tych szpon. pogrzeb, msze i datki, czyli kasa i kasa, i kasa...). że śmierć to spokój. spokój, którzy czuć jeśli przypatrzy się przytomnie, bez histerii. spokój, który trudno obiąć rozumiem. taki spokój rozpływa się w powietrzu i unosi wysoko. i to że on, jako jedyny mówił do mnie mariczko...