czwartek, 5 czerwca 2008

nasze małe insektarium

znów wrocław. przede mną męczące godziny przy prawie stu stronach teorii i praktyki pedagogicznej w XIX i XXw. ze 100%-ową przewagą teorii. i socjologia, na którą w obecnej chwili materiałów brak, ale teraz nie ma do tego głowy, czasu, atłasu. teraz jest teoria i pr... znaczy teoria. szał. normalnie entuzjazm wychodzi ze mnie każą dziurą. zwłaszcza gębową podczas ziewania.

miałam z nimi pakt, niepisaną umowę. takie pokojowe współistnienie. że ja im w drogę nie wchodzę, a one od mojego terenu trzymają się z dala. tak, więc dawałam im szansę, włączałam światło w kuchni, szłam do wc i dawałam im czas na pochowanie się po kątach. i tak sobie to trwało dniami, tygodniami, miesiącami wręcz. trwało, do wczoraj. do czasu kiedy jeden z nich wtranżolił się w moje prywatne pielesze. w moją kołderkę, w moje łóżeczko. dziad, skurwysyn, padalec, przykurcz, fajfus i obrzydliwy insekt! karaluch jeden! no i szał. w ataku paniki wydarłam paszcze i zrzuciłam dziadusa z kołdry. po czym zapaliłam światło i w amoku zaczęłam szukać najlepszego (najskuteczniejszego) narzędzia zbrodni. w końcu przywaliłam skurczybykowi z butelki po coli (bo dziadostwo należy zwalczać takim samym dziadostwem), dla pewności sprzedałam mu drugi cios i zamiotłam do kosza. i skończył się dzień dziecka! nie ma że boli, pokojowe współistnienie zamieniam na stan zimnej wojny (którego przyłapię na drodze mojej - tego przydybię), a ową butelkę przechrzciłam na "tłuczek na karaluchy". bo jak o nich myślę, to mnie trzęsie! wrrr...! krwi jestem rządna, trupów, potu i łez! wytłukę dziadów, że suchej nitki na nich nie pozostawię, no!

a pod kranem była kałuża. permanentna, wielka, rozciągła i wciąż mokra. ja chodziłam, wycierałam, ona znów była, a ja znów wycierałam i znów się pojawiała... i myślałam że może z kranu chapocze, że może z prysznica, bo woda w cały świat dookoła ciece. no i się w końcu sprawa rypła. się wydało. z kibla leci! no to mamy naturalną wodę źródlaną - kiblowiankę. ktoś chce skosztować?


--
każda minuta - godzina. nieskończoność czasu. nieuchronność materii. wciąż za-kochanie, za-wirowanie, z-wariowanie. szał.


ps.
a babka mieszkaniowa się tłumaczy, że ona widziała jak karaluchy jezdnią, na pasach do bloków maszerowały. taa, i może jeszcze na zielonym świetle, w trampkach i z walizkami. a potem mówi jeszcze, że to pewnie żuk taki był, co to lata, ale jak wleci do mieszkania to już nie lata.
cuda na kijach. cuda wianki.