Jest we mnie jakaś forma zła. Przemoc jakaś bezwiedna. Wtedy kiedy spoglądam na ciebie tym swoim szklistym wzrokiem i bezsłownie proszę o cierpliwość. (Bo to tylko ja.) Kiedy kolejny raz pulsują mi dłonie, oczy wbijam w ziemię, stanów swoich nazwać nie potrafię. Kiedy znów rozklejam się i nie wiem dlaczego. I kiedy patrzysz pytającym wzrokiem, chcesz podać dłoń, całą rękę, serce, a ja wciąż nie wiem. Nic nie wiem. Czy chcę, potrafię, potrzebuję i co mi jest w tym momencie.
Jest we mnie jakaś forma zła, egoizmu niczym nieogarniętego. Kiedy uciekam w siebie, w przeżywanie, w spadanie w głąb tej studni bez dna po każdym zetknięciu z mułem na powierzchni (i tu znów pojawia się problem jak to napisać, żeby wciąż było nieopisane). Kiedy brnę dalej samotnie w te myśli autodestrukcyjne, w psychomanipulacje własną świadomością. Pogrążam się w cudzych wizjach, utożsamiam z nimi i przyjmuję za swoje.
Jest we mnie jakaś forma zła. Znieczulicy i niepamięci. Kiedy po tym wszystkim wracam i proszę o czułość. Kiedy czułości chcę więcej.
Jest w tym wszystkim miłość. Paranormalne szczęście. Kiedy kolejny raz otwierasz przed mną siebie i kiedy ja oddaję serce w twoje ręce. Jedyne bezpieczne miejsce.
Jest we mnie jakaś forma zła, egoizmu niczym nieogarniętego. Kiedy uciekam w siebie, w przeżywanie, w spadanie w głąb tej studni bez dna po każdym zetknięciu z mułem na powierzchni (i tu znów pojawia się problem jak to napisać, żeby wciąż było nieopisane). Kiedy brnę dalej samotnie w te myśli autodestrukcyjne, w psychomanipulacje własną świadomością. Pogrążam się w cudzych wizjach, utożsamiam z nimi i przyjmuję za swoje.
Jest we mnie jakaś forma zła. Znieczulicy i niepamięci. Kiedy po tym wszystkim wracam i proszę o czułość. Kiedy czułości chcę więcej.
Jest w tym wszystkim miłość. Paranormalne szczęście. Kiedy kolejny raz otwierasz przed mną siebie i kiedy ja oddaję serce w twoje ręce. Jedyne bezpieczne miejsce.