nie, nie jest źle. zgrzeszyłabym narzekając, myślą nawet. jestem kochana tak jak zawsze marzyłam. ze zrozumieniem, z czułością... miłość wylewa się z każdej pory. oplata mnie jak ciepły pled, pozwala opaść na siebie i poczuć ukojenie.
jest jednak głębina, w którą ostatnio wchodzę cała. zapadam się. pogrążam. przygniatam. jestem nią ja sama.
jest w tym opadaniu jakaś lekkość. unosi w przeżywaniu. jakaś chora potrzeba afirmacji bólu, której nie rozumiem.
choć być może to tylko głęboka autorefleksja. może rozprawiam się z sobą jak z nieudaną koleżanką, kiepską książką w bardzo marnej okładce, z błędem statystycznym, wyjątkiem potwierdzającym regułę (ludzie i inne przypadki), z plamą na honorze ludzkości. z koszmarnym snem budząc się krzycząc i drżąc.
nie czuję się komfortowo w swoim towarzystwie. mierzi mnie klimat, ciśnienie, zaduch, opary, lustrzany widok mojego istnienia, które stwarza kiepskie pozory człowieczeństwa. kobiecości nawet do pięt nie dorastający.
nie jestem z sobą dobraną parą.