środa, 10 grudnia 2008

Miłość z sieci

Historia zaczyna się jakieś 4,5 roku temu. W owym czasie byłam zatwardziałą fanką czatów, portali randkowych, forów dyskusyjnych i innych miejsc w sieci, w których można było wyłowić jakiejś bardziej lub mniej ciekawe znajomości. 
Poznaliśmy się na serwisie randkowym . Szczegółów nie pamiętam, pewnie dlatego, że wtedy nie przypuszczałam, że ta historia skręci w tym kierunku. Gdybym o tym wiedziała zachowałabym wszystkie pamiątki z tego okresu. Pamiętam, że połączyła nas... data urodzenia. Napisał do mnie wiadomość  dlatego, że oboje mamy tę samą datę urodzenia, różnimy się tylko rocznikiem. Napisał do mnie w zastępstwie. Planował zagadanie do innej dziewczyny, której akurat nie było w kraju. Miałam być jedynie przerywnikiem, "czasoumilaczem" w oczekiwaniu na tamtą. W rezultacie do "tamtej" nigdy nie napisał.

Nasze e-znajomość z początku rozwijała się dynamicznie aczkolwiek czysto koleżeńsko. Z biegiem czasu były okresy zupełnego milczenia (czasami trwające nawet kilka miesięcy), aż do okresów intensywnych rozmów.  Mniej więcej po dwóch latach z wielkim strachem zdecydowaliśmy się na pierwszą rozmowę telefoniczną. Całkiem ciekawe przeżycie... Do organizacji spotkania jakoś nie mieliśmy szczęścia. Warunki nie sprzyjały. Mało czasu, jeszcze mniej pieniędzy. Dwukrotnie wakacje spędzał w pracy za granicą. Dzwonił średnio co tydzień, "wygadywaliśmy" wspólnie całe doładowanie na raz, a często  i to nie starczało. Po dwóch, trzech godzinach przy telefonie nie wiedziałam co boli mnie bardziej, ręka od trzymania słuchawki czy spocone ucho. Rozmawialiśmy o wszystkim co można rozumieć naprawdę dosłownie. To ja radziłam mu jak zdobyć  dziewczynę, która mu się podobała, to ja mówiłam mu o wszystkich swoich zauroczeniach, wszystkich problemach, lękach, radościach... To podczas rozmów na Skype był przypadkowym świadkiem awantur, które urządzała mi rodzicielka. To jemu do słuchawki płakałam i milczałam. I pomimo tego wszystkiego nawet przez moment nie pomyślałam, że możemy być parą.
Pamiętam białą różę dostarczoną przez kuriera. Bez bileciku, bez podpisu. W pierwszej chwili pomyślałam, ot taki walentynkowy żarcik. Ale kto żartowałby na kilkadziesiąt złotych? W pierwszej chwili posądziłam o to zupełnie niewłaściwą osobę. Dopiero później wydało się kto kryje się za kwiatkiem. :)

Do spotkania doszło ponad rok temu, po 3,5-letniej wirtualnej znajomości. A że w międzyczasie w tę zabawę wkręciłam przyjaciółkę, to obie wyszłyśmy na przeciw "e-koledze". Wystarczył wspólny weekend żeby zauważyć, że łączy nas nie tylko data urodzenia. To co tego pewnego listopada działo się z moim mózgiem świadczyło o tym, że wyplątać się z tego nie będzie lekko.
 A na marginesie dodam, że mieszkałam już wtedy we Wrocławiu i byłam w innym raczkującym (choć chyba niezbyt dobrze rokującym) związku, który miał spore predyspozycje do zyskania mało szczytnego miana zwanego toksycznym. Jeszcze trochę po rozstaniu czułam się osaczana, szykanowana i zastraszana. Długa i niezbyt przyjemna historia...

Podczas pożegnania nie wiedziałam, które emocje są we mnie silniejsze. Śmiałam się, płakałam, obejmowałam. Zupełny emocjonalny odlot. Jak na hormonalnych haju. Później, kiedy oboje rozjeżdżaliśmy się w swoje strony, on na południe Polski, w stronę Krakowa, ja w przeciwną stronę, do Wrocławia, napisał mi tylko "spotkajmy się jeszcze kiedyś".  Tak, spotkajmy się, ale gdzie, kiedy...? Za miesiąc, pół roku, rok...?
Po setkach sms-ów, rozmów internetowych, telefonicznych całkiem spontanicznie spotkaliśmy się po tygodniu. We wrocławskich klimatach. Nocował w schronisku młodzieżowym, babcia, u której wtedy wynajmowałam pokój raczej nie była chętna do przyjmowania nocnych gości. Poszliśmy do kina (z pewnością nie na film, bo zakończenie przegapiliśmy) cały seans udając przyjaźń, dopiero pod koniec filmu "zjadaliśmy się" jak wygłodzony po ostrej diecie. Następnego dnia spadł pierwszy śnieg i pożegnałam go na PKP.
Spotkania odbywały się w miarę regularnie, mniej więcej co dwa tygodnie, czasami co tydzień. Były spacery, puby, wspólne robienie obiadów... Były przypadkowe zbiegi okoliczności. Smsy wysyłane jednocześnie, telefony wykonywane w tym samym momencie, myśli, które oboje odbieraliśmy równocześnie.

W grudniu pierwszy raz pojechałam do niego. 300km, prawie 6 godzin w pociągu, śnieg po kostki i strach. Bardzo szybko okazało się, że nie było czego się bać. Ciepła i miła atmosfera od początku pozwoliła mi poczuć się jak (nie) u siebie... Była wizyta w zasypanym śniegiem Krakowie, cudownie oświetlony rynek, kawiarnia... A w drodze powrotnej przypadkiem trafiłam na siedzenie w pociągu z numerem jego mieszkania. Taka sytuacja miała też dwukrotnie miejsce podczas kolejnych podróży do niego.
To nic, że wracałam przeziębiona, że tramwaj, który wiózł mnie do wrocławskiego mieszkania zepsuł się i zakorkował ulicę, a ja zasmarkana wracałam przez pół miasta z ciężką walizką na piechotę.

Później był wspólny sylwester w moim rodzinnym mieście, walentynki u niego, urodziny jego bratanicy, weekend majowy, wspólne urodziny... Kolejne wizyty były coraz dłuższe. Wyłuskiwałam coraz większe przerwy w zajęciach i z początku weekendowe wizyty zamieniały się w kilkudniowe, tygodniowe, a w wakacje i dwutygodniowe odwiedziny.

W tym roku akademickim połączył nas Wrocław. Mieszkamy wciąż osobno, ja jestem na ostatnim roku studiów dziennych, on rozpoczął uzupełniające studia zaoczne, niedawno znalazł pracę.

Całkiem niedawno minął rok od kiedy jesteśmy razem i wciąż mam wrażenie, że to co nas spotkało jest jakąś wyssaną z palca historią. Bajką, magiczną opowieścią, które ogląda się w telewizji. Czaruje mnie jego uśmiech, zniewala zapach, porywa optymizm, rozczula wrażliwość, a inteligencja imponuje... Staram się nie pozorować  na "skazanych na szczęśliwe małżeństwo". Rozumiemy się i swoje potrzeby, i chyba to jest najistotniejsze. A prawda jest taka, że nigdy nie wiem co zdarzy się jutro. Dziś kocham i szaleję, dziś dbam żeby jutro nie zburzyło tego szczęścia.



--
Do napisania tego zainspirowała mnie notka na innym blogu, a jego właścicielka nieświadomie przypomniała, że mam coś co obiektywnie rzecz biorąc nie jest takie łatwe do osiągnięcia. Miłość z sieci nie jest czymś częstym, ale nie niemożliwym. Cóż, teraz pozostaje mi o to dbać żeby trwało.