nie chce mi się rozstawać z tymi chwilami samotności. tam to będzie ciężko. ale życie ucieka, trzeba wreszcie zacząć biec z nim. nadążać. chyba, że ucieknie się w park, nawrzuca kasztanów w kieszenie, przysiądzie na ławeczce i poudaje, że jest się całkiem samemu.
już nie myślę o perspektywie braku internetu. myśli wciągają za mocno. potem nie idzie się z nich wydostać. jak ze studni bez dna. nie myślę też jak mi będzie nerwowo, a jak irytująco w towarzystwie pozostałych lokatorów. o tym czy dam radę, czy będę miała co jeść, pić, gdzie stolec robić i czy będzie on regularny też nie myślę. za dużo tego, a na myślenie nie mam teraz weny.
trzeba się ogarnąć, znaleźć sobie miejsce literackie do kontemplowania, rozwijania. miejsce do oddychania w ciszy, bez zbędnych szumów. miejsce do śmiechu i do łez. porty, do który będzie się wracać, podążać. odpoczywać w wielu warstwach życia.
i irytuje mnie jej słodki głosik. jej. że aż przesłodzony. jak słodzik sztuczny. szkodliwy. drażnią mdłe dowcipy. że aż brew się unosi. że chce się tak za kudły i łbem o ścianę. bo nikt nie lubi jak się z niego kretyna robi. ja też. (ciężko będzie, oj ciężko.)
pozostaje się spakować (czego nieznoszę najbardziej), wyściskać spawychowego misiaka, naciskać czapkę na głowę (przysłowiową taką) i wyruszyć do wielkiego, nieznanego świata. jutro już. ach. strach. strach się bać.
a tam, na tym całym, wielkim uniwersytecie, to nikt nic nie wie. czeski film. burdel na kółkach. cyrk na ordynackiej. czy co kto jeszcze wymyśli... generalnie róbta co chceta!
--
się będę odzywała jak będę mogła. a móc muszę, chociażby raz na jakiś czas. często w miarę, co dni parę. nadzieję mam. ale...
28. września, 19:28
mam plan, wykonam go sam(a). nie chcę żadnej pomocy... nie, nie wyrobię się dzisiaj w nocy. o.