Święta pominę milczeniem. Nie czuję z tego powodu jakiegoś dyskomfortu. Byłam w domu. Wróciłam. Ot, cała hist(e/o)ria.
Sytuacje problemowe, kryzysowe nawarstwiają się. Potem zbierają się w stada i biesiadują we mnie jak przy stole szwedzkim, z którego czerpać można bezustannie. Jak skończą konsumpcję nikt nie pozbiera resztek.
Jest we mnie chaos całkiem nienormalnych znaczeń. Jest rozwarstwienie niejednokrotne. Tęsknie za moją absurdalną stabilizacją, w której znałam każdą koleją obelgę, każdy cios zanim nastąpił. Teraz stałam się padliną dla przechodzącego obok życia.
Ciągle zaciskam dłonie. Ciągle uciekam w miejsca odległe, odludne.
Łąka przed blokiem zawsze wygląda tak samo. Teraz wiem, że od nudy ważniejsza jest stabilizacja i poczucie bezpieczeństwa.
Jeśli paliłabym, robiłabym to teraz w smoczym tempie. Czasami myślę, że może powinnam zacząć.