Podczas naprawdę długiego długiego majowego weekendu odcięłam się od wielkomiejskiego przepychu. Znów miałam okazję zabłysnąć, jako jeden z regionalnych talentów literackich. Pokazać się ludowi, wystąpić w TV. I na koniec imprezy zostać dotkniętą, dotkniętą przez prezydenta.
Zabawne jest to, że w porównaniu do innych piszących w moim mieście jestem zbyt dobra, zbyt oryginalna, zbyt nowoczesna. A na tle wielkomiejskich literatów wciąż wypadam bardzo blado, tandetnie, konserwatywnie i zbyt egzaltowanie.
Prowincjonalny świat poezji jest spokojny, boi się braku przejrzystości, stroni od absurdu i ironii. Jest klarowny, bezinteresowny i życzliwy wobec czytelnika. Daje mu na podwieczorek lekkostrawną i orzeźwiającą lemoniadę, którą sączyć można w błogości i spokoju, bez potrzeby zbędnego przemiału. Świat poezji wielkomiejskiej wciska nam się do gardeł jak zapach spalin, albo ulatniającego się gazu. Niewinnie zjada od środka albo wgniata w podłogę. A wieczorem, jako papierosowy dym, czy jajecznica na boczku na kolację. Każe się trawić godzinami, ciśnie jak kolka, nie daje zasnąć. Nocą jest jak jaskrawe światła reflektorów. Światło dociera nawet poprzez zamknięte oczy.
Jakoś nie ciągnie mnie tu ostatnio. Przemykam trochę słowami pomiędzy dniami.