w ogóle jest jakoś tak dziko. nie żebym narzekała, o nie. ja nawet nie dążę do tego żeby było cywilizowanie. czas dzielę między przewracanie notatek, a myślenie o końcu tygodnia i chwili mojej prawdy. co za tym idzie to pierwsze stoi w lekkiej opozycji do tego drugiego. taki sobie bodziec frustrujący. ale ja już do nich przywykłam, tak więc i ten przeżyję. i jestem dziwnie spokojna, że jakoś to będzie, że pewnie lepiej niż ostatnio. że przecież muszę w końcu przełamać się i przerwać tę "zmowę milczenia". że pora wreszcie uczłowieczyć ideał. (to ostatnie, to nie będzie takie hop-siup, ale spróbować muszę.)
jeszcze wieczory. wieczory też są ważne. ciepła kołdra, w którą zakopuje zwykle grubo po północy. później oczy się zamyka i otwiera te drugie - wyobraźni. marzy się, marzy i marzy... o wolności, o swobodzie, księciach z bajki i czarodziejskim powietrzu. zupełnie innym niż to, tutaj. ja wiem, kiedyś tam ucieknę naprawdę. kiedyś na pewno!
//myślę, że powinnam pomyśleć o czymś mądrym. nie tylko o przyswajaniu wiedzy, którą ktoś kiedyś obmyślił, ale sama coś wyprodukować. niestety, póki co czasu starcza mi jedynie na rozprężnie żyłek mądrości do przetwarzania danych.