piątek, 24 lutego 2006

weselmy się... na smutno

jeszcze nigdy nie byłam w melinie, ale przecież zawsze musi być ten pierwszy raz! no i owszem, był. były też intelektualne rozmowy przy złotym napoju i wszystko to, co na trzeźwo wstyd albo nie wypada. zabójcza, zaskakująca szczerość i otwartość umysłu, który staje się studnią bez dna. wtedy świat należy do nas. oczywiście wszystko do czasu, do czasu. a póki co nie myśli się co dalej tylko kontempluje, kontempluje i kontempluje... aż do wyczerpania materiału.

to już nawet nie chodzi o wysiedziane godzinki, ani o pisanie wykałaczką po niedoschniętym talerzu, czy też o gigantyczne ilości pochłanianych owoców (bo jakoś tak na nic konkretnego ochoty nie było), albo o wstyd chwiejącego się... chociaż o to, to jednak troszkę, ani też w końcu o wzdychanie do pana z orkiestry (bo wszyscy mówili jaki to on wspaniały, a jaki ach i jaki och, że aż trudno było włamać się i olać sprawę.). tu chodzi o Mułowatość Moją Wielką, chodzi o klasę i styl, której zabrakło mojej skromnej osobie, o rzeczywistość, co w takich chwilach daje mocno po oczach, no i w końcu o zgliszcza, które pozostają po lśniących, samotnych nocach biesiad wśród tłumów roześmianych ludów... a konkretnie po jednej takiej nocy. minie czas, zapomni się... niestety, zapomni. bo gdyby się nie zapomniało to może jakieś cóś jakoś by zmogło do zmian. bo by się przydało.

sędzia pryszcz i sprawy o groźby, pobicia, wytłuczenia i podpalenia, czyli, że praktyki w sądzie kom bak! wyroku nie doczekała moja zdrętwiała od drewnianej ławeczki pupa.

kolega z wojska (wbrew pozorom) to nie postać radosna. strasznie ciąży jego osoba.