potem zainstalowałam w sobie luksus w postaci świeżych bułeczek i czosnkowym serkiem kanapkowym. takie to może wyświechtane, ale w porządku.
nie umiem trwać w tym zamkniętym kręgu. faza pojednania jest jednocześnie najlepszym i najgorszym etapem w życiu. bo niby już dobrze, ale jak mam zachowywać się, że jak gdyby nigdy nic, że było minęło. nie umiem udawać, że po raz kolejny nic się nie stało. że nic się nie dzieje. wolę już usunąć się w cień. zejść ze sceny na czas jakiś. odzywać się tylko kiedy trzeba, kiedy muszę.
(/ot/ zejdź z komputera. nie wrzeszcz. podaj sól. nie. /zamykać się w ciasnych zakamarkach swojego JA/ i wszystko w porządku. i nic się nie dzieje.
sąd mi się naraża. pani kurator też. ale nie ważne. skoro oni olewają, ja też. tylko, że... no dobra jakoś będzie, w końcu nie jestem tam sama. w zamian za to zafundowałam sobie miłego pół dnia (bo druga połowa już raczej nie należała do ideałów). park, staw, książka i to powiecze.
zaobserwowano:
- czasami woda w stawie ma zmarszczki (to ze starości czy ze zmartwienia?);
- robaczki też mają swoje potrzeby... (a czy to tak wygodnie w między czasie spacerować?);
- kaczka wypływa na środek stawu, kaczka się zatrzymuje i... znika(?) (yyy... zaczynam się coraz bardziej bać o swój kraj);
- przydałyby się jakieś toalety publiczne w okolicach rzeki, bo inaczej przymusowo biegi trzeba trenować;
- na trawie wygodniej niż na ławeczce, ale jeszcze jednak za zimno;
- czasami dobrze pobyć samemu ze sobą i naturą (rzecz jasna);
- spokój to bardzo cenna sprawa (pięć kilo spokoju, proszę!).