niedziela, 19 marca 2006

ssstesssująco

żyję w ciągłym ssstresie. przewlekłym, paraliżującym, deprywującym ssstresie. takim, że aż stach. bo dużo ram i okładek, a za mało życia w życiu i-te-pe. że snuje się po domu, że nie wiem co począć ze sobą... w domu i w życiu. że wszystko to takie nieokreślone. ni szare, ni czarne, ni białe... ni-jakie. przezroczyste. i jak zwykle śmierdzę nudą. ja. zwiędły owoc istnienia. jakbym znajdowała się w jakiejś głuchej próżni, w której nie ma nikogo ani niczego innego poza mną. biała/czarna rozpacz. zatrważające.

brakowało mi takich wieczorów, choć ten ideałem nie był. bo ani ciemno, ani specjalnie klimatu nie było w wielkiej sali, w której zamiast muzyki grało echo. nic, że później trzeba było wracać. naprawdę nic, bo w środku mi się coś ruszyło na chwilkę., na małą chwilkę małą chociaż. teraz jest już jak dawniej. beznamiętnie i pusto. /pomijając krzyk. bo głuchy, bo zdążyłam przywyknąć. chociaż.../