czwartek, 6 lipca 2006

krew z nosa

znów krew z nosa. jak ja mogłam pomyśleć, że byłam zdolna do...? kto jak kto, ale ja! no jak? ponownie krew z nosa i jak ja mogłam pomyśleć, że ktoś. to absurd przecież. tak, zgadza się - krew z nosa. spokojnie, już mi przeszło... stukam palcem po żaluzjach i wiem, że więcej nie będzie. że czasem to może dobrze tak zapomnieć. na godzinę, dwie, na chwilę. no ale już... już cicho. już więcej nie będę. i znów krew z nosa. ehh...

tak mi głupio. jej powiem, że to alergia, że z nosa cieknie i oczy puchną. ale ty wszystko i tak słyszałeś... i to, i wiele więcej, choć i tak nie wszystko na co ją stać. a chyba nie powinieneś. tak mi teraz strasznie głupio. i wstyd, i wina mieszają się z sobą. na razie jest cicho. muszę upajać się tą ciszą, bo nie wiem jak długo potrwa. odnoszę wrażenie, że to już miliony lat świetlnych zastanawiam się dlaczego, z jakiej przyczyny... jakoś do tej pory nie znalazłam odpowiedzi, a to cholerne poczucie winy nie pozwala spojrzeć sobie w twarz. wiem, że cokolwiek zrobię lub nie zrobię i tak będę winna. a wstyd będę nosić w sobie. to taki tatuaż, który nawet gdy zdarzy się okazja zapomnieć o nim na trochę, cały czas będzie widoczny jego ślad... a mój strach schowam po poduszkę, na nim sen będzie bardziej miękki.

zupełnie nielogiczny odlot. potem pomyślę o czymś jeszcze, nierealnym. zupełnie mi odbije w tej wyobraźni. a irlandia podobno jest taka zielona jak włosy syreny o świcie... poczekam jeszcze, trudno.


--
wydrukowali ją w akancie i jakbym dziecko dostało nową gumę teraz smak już się ulotnił i ze spokojem patrzy na swoje nazwisko i litery w gazecie.



11:02
co dobre szybko się kończy. cisza to już przeszłość, albo marzenie.