W sobotę przez chwile poczułam się namaszczona przez anielsko przystojnego fryzjera. Przeżyłam coś na kształt orgazmu duchowego. Takiego od wewnątrz. ohh... ahh... ehh... Przytnij pan na mokro, wycieniuj, bez modelowania. No boskie miał dłonie. Boskie. I nikt nie zauważył podcięcia. pff.
A teraz znów nic. Tak jakby. Indeks z kartą egzaminacyjną grzecznie i przepisowo /mam nadzieje/ zdany w dziekanacie. Zaskakująco wcześnie z równie zaskakującą średnią 4,7. /grejt./ A wieczorami zatrzaskuję drzwi, owijam się w koce, owijam się w szepty. I w dupie wszystkie wyzwolone panny, wszystkie dumne dziewczęta zakrywające całe nogi spódnicami. Głaskajcie się po swoich zamaszystych futrach czy po czym tam chcecie. Bo dzisiaj śnieg znowu wypełniał pustkę. Bez kogoś nie ma nic, za chu-ja.
"gdy wtedy zamarzłeś, przejrzałam na oczy. myślałam, że chłód nas na wieki rozłączył. i już cie nie znajdę, ani ty mnie, na zawsze, na amen przysypał nas śnieg..."
21:45
dowiedziałam się, że jestem monotematyczna.
lepsze nic niż boleśnie przeszywające do szpiku kości coś. za bardzo szczypią oczy. za bardzo szczypie życie, a może jego brak. i słów.