piątek, 25 lutego 2005

czołem studenci czy do widzenia kujony, czyli jak to jest mieć dwie twarze

Jak trup jestem od dni paru. Dowcipy mnie nie śmieszą, myśli potykają się o krawężniki z codzienności. Bo obca jestem. Bezpańsko niczyja. Pochlipuję po kontach. Drapię się po tyłku, bo to łatwiejsze niż co innego. Zmieniam wciąż przepocone koszulki. Ogólnnie depresyjny czas nastał. W oczach, w sercu i na rękach. Oj tam też niestety. Bezkreśnie i ostatkami sił ściskam za lewą rękę. Żeby tajemnice z rękawa nie powypadały. ba! Nawet śniegu już nie ma. Plucha tylko. Nie można glebnąć swobodnie, ulepić mini-bałwana i roztopić go słoną wodą odgórnie. Tylko paniczny strach przed krzykiem został. Ucieczka. Jak trzeba to nawet przed sobą.

Czwartkowe zajecia makabryczne będą, oj makabryczne. Wolałaś M. żeby szanowny Pan profesor nie wykazywał zainteresowania twoimi problemami. Twoja nieidealność, świat pełen zakłuceń i rozstrojów emocjonalnych niekompatybilny jest mocno. Zbyt mocno żeby ktoś mógł na niego wpłynąć. /źle będzie. nerwowo, niebezpiecznie./

Rektor przed sesją miły jest. Wita zebranych na korytarzu miłym spojrzeniem z uśmiechem obwieszczając: "Czołem studenci!". Rektor po sesji przed pożegnalną bibą. Bo wypieprzyli go ze stanowiska rektora nabuzowany jest i patrzy jak tu komu dowalić. Z jadem w spojrzeniu odburkuje: "Do widzenia kujony...". Nie pozostaje nam nic innego jak odpowiedzieć /w myśli, bo nóz będzie miał z nami kiedyś wykłady/: "Spadaj głupi cepie!" z siarczystych śmiechem.

Obrosłam w piórka na minut pięć. Po minutach pięciu wróciłam do samoszkalowania. Ze skromności, charakteru czy przyzwyczajenia...

"(...) spadam, powoli spadam w korytarze świateł w pomruki znaczeń. spadam jakby nie było całego świata, jak by nie było nawet mnie. spadam pomiędzy zdania w niedorzeczności bez wahania. spadam..."





/wreszcie kuniec! 11 egzaminów poszło w las. o!/