wtorek, 22 lutego 2005

nie lubie poniedziałków

Wariuję. Palma mi bije kokosowa. Zamiast oddechnąć świeżym powietrzem. Udławić się gdy okaże się brudne od spalin, to ja myślę tylko jaką by tu książke w łapę wsadzić. Dziwnie mi z tym, że nie ma się już czego uczyć. /w czwartek powinny być wyniki ostatniego egzaminu. a właściwie poprawki./ Przez ostatni miesiąc za bardzo zespoliłam się z nauką. Myślałam, że już, że dziś po logice zasiądę do nauki żeby ulżyć sobie, ale nie, bo logiki jak na złość nie było. To już zachacza o jakiś pracocholizm. Żeby nie powiedzieć patologię nawet.

A jednak K. żyje i ma sie całkiem nie źle beze mnie. W Stanach żyje. Już, a może dopiero. Tak jakoś dziwnie. Zbyt dużo do myślenia dała mi ta krótka rozmowa. Nawet jeśli... Jeśli nawet to nie chce wiedzieć na pewno. Okropnie jest wszystko wiedzieć na pewno. /trwaj wspomnień złudzenie. huh./

Znów pan sie do mnie przyczepia panie R. Ale ja pana przejrzałam z grubsza chyba. Pan się czepia wszystkiego co ma cycki. /krowę polecam, ma ich z sześć./ Głaszcze i podszczypuje mnie, rzuca oczami na jedną stronę i drugą, zagaduje tu i tam, pokłada się na koleżankę niewzruszoną i odrzucającą na całe szczęście. Faktu to nie zmienia, że jest pan obleśny w takich momentach. Żeby tak przy mnie. Za grosz wyczucia panie, za grosz. Czyżby zasada nie ważne jaki potwór byleby miał otwór? Tak więc czuję się jak ten otwór tudzież potwór. Tak, pewnie, raczej pewnie potwór. Popychałam wczoraj pana samochód i to był pierwszy i ostatni raz od tyłu związany z panem w tak bliski i dwuznaczy sposób. Bo pan jest zwykłą potrzebą czułości, brakiem bliskości, środkiem do celu. Pan jest dziś, jutro pana być nie musima. Jutro może być ktoś inny. Inny może być. Być może, może. Byleby ktoś był. Oj tak. Żałosne to. Zdecydowanie zbyt długo jestem sama tudzież samotna.


czasem jest pełno ludzi po to
aby głębsza była samotność
tak bardzo jestem sama
że nawet mnie ze mną nie ma


Anna Kamieńska




/na smutki i smuteczki mus z jabłek z wanilią i cynamonem./