Już dwa miesiące pod nowym adresem. Od starego wiele się nie różni. Numery, przestrzeń. Smutek rozkłada się tutaj swobodniej. Lekko owija się wokół stołu, skacze beztrosko na łóżku.
Ta klatka jest większa, teraz można pochodzić po niej w kółko. Choć i tak co dzień ze wszystkich sił walczę z niechęcią otwierania oczu i spoglądania na to wszystko.
Coraz częściej myślę o spadaniu, lotach do końca. Czym częściej myśli się o umieraniu tym coraz mniej przeraża jego wizja. Oswajanie ciszy, znikania.
--
W domu, w którym widok zza okna stara się rekompensować chaos wewnątrz czuję się absurdalnie bezpieczniej. Siadając na własnym łóżku, otwierając pułki z ciuchami, szuflady ze stertą niepotrzebnych drobiazgów. Podwijając stopy pod siebie albo rozkładając je na pufie, spacerując po mieszkaniu bez celu, rozchylając żaluzje w oknie balkonowym i spoglądając na kołyszącą się w ciszy ulicę, czy też uchylając drzwi barku w poszukiwaniu nowych, nieodkrytych łakoci.
**
Brak mi emocji, uniesień. Czas, który mnie tu nie było bezpowrotnie straciłam na codziennym wstawaniu i kładzeniu się z powrotem. A w między czasie przeżyłam metafizyczny romans, który istniał tylko w mojej wybujałej fantazji. Mój mistyczny kochanek zniknął szybciej niż się pojawił zostawiając po sobie katalog pytań bez odpowiedzi. Od kiedy odpłynął nie mogę poukładać listy swoich marzeń. Wciąż tylko krążę trochę we śnie, trochę na jawie.