czwartek, 6 stycznia 2005

Nie zbudził mnie dzwonek do drzwi, ani tez delikatny szept do mojego ucha, nie było tam muzyki kojącej duszę, ani tez budzika, brakło również wiatru. To był zwykły łomot. Taki zwyczajnie niezwyczajny łomot. Trzask, prask i po krzyku. Bajka skończona. Łelkam tu de rial łord. Napierw trzaskam drzwiami. Tymi od środka. Walą sie wszystkie ściany z tektury, drą marmurowe serca. Albo na odwrót. /to był taki wstęp z serii - "z mojego życia wzięte"/

Zmeczenie czasem działa budująco. Wtedy jestem rozchwytywana na informatyce. Marika pokaż to i tamto. Marika zrób to i tamto. Marika powiedz to i tamto. Ja mówie, robie, pokazuje, biegam i skacze. Od drzwi, do okna, od okna do ściany.

A ja usmiecham się. Do ściany, do sera. Głupio, ponuro i sztucznie. I dziwnie mi z tym uśmiechem, bo obco i nie do twarzy. Bo nie umiem czytac w myślach, bo pamieć mam nie tą, a serce i uczucia zdradzeckie dla rozumu. /tak, tak chodzi mi o R./ Byłoby mi miło mój miły gdybyś był niebytem. Byłoby bezpieczniej. Bo nie lubie jak moje oczy wodzą za Toba bezwidnie. Wtedy nie mam już zupełnie nic do powiedzenia. I tak myślę, że niby co ja w tobie widze. I za każdym razem obiecuje sobie, że pytam o to po raz ostatni. Ale obiecuję to dobre słowo.

Nie wiem wcale co mam myślec kiedy z boku patrze w twoje oczy, nie wiem o czym mam marzyć obserwując twoje dłonie. O stosie stokrotek czy stosie z ognia? Nie wiem nawet o czym ty myślisz kiedy patrzysz na mnie czasem. Czy patrzysz na mnie czy w okno za mną? I co mam myślec kiedy spogladasz na jej falujące rzęsy? Kiedy chodzisz oczyma po jej oczach, kiedy chwytasz ustami jej słowa, podarowując jej w prezencie milion swoich ubranych w wełniane szaliki. Nie wiem czy wypada mi mysleć o tobie w taki sposób. Nie wie czy powinnam to wiedzieć.

Wszyscy robią z tego niewiadomoco. Jakąś wielką popeline. No jestem w gazecie, ze zdjęciem, z artykułem i z nibywierszem. Noicoztego? Tym, że jakiś palant śmiał zniekształcić moją wypowiedź nikt sie nie przejmuje. Zupełnie. /Bo ja powiedziałam dokładny kolor mojego nieba. Bo przecież każde dziecko wie, że gdyby Marika miała moc pomalowałaby niebo na zielono. Koniecznie na zie-lo-no./ Kuzynka zobaczyła, przeczytała i dalej przekazała Teraz babka sieje zamęt. Bo wyśle tu i tam, pokarze temu i tamtemu, tym i tamtym. A ja sobie najzwyczajniej w świecie nie życze. Nie chce żeby wiedzieli ci, tamci i owamci. Tak samo jak nie chciałam oby wiedziała o tym matka. Cholera.

♪♪ Coma - Leszek Żukowski.mp3


dopisek: 8.01.2005r.; godz.: 13.10
Łoto artykuł, który ukazał się. A ten miał się ukazać /pozwoliłam sobie na małą drobną korektę/.