niedziela, 10 lipca 2005

finito

Kuniec i bomba! Co prawda został jeszcze jeden wpis, ale to tylko formalność. Zwyczajne przepisanie oceny z indeksu do karty, której jeszcze nie było podczas zaliczenia. No i co gorsze wpłynięcie na Wielce Szanowny Rektorat o wypisanie jakiegoś zaświadczenia anulującego tej jeden nieszczęsny punkt za przedmiot, z którego nie ma oceny. Ale tutaj już nie odpuszczę, jeśli trzeba będzie napiszę do samego prezydenta RP! W końcu od tego zależy moje być albo nie być. Albo raczej moja średnia i ewentualne stypendium naukowe.

Kuniec może być też mniej pozytywny w zależności od tego czego dotyczy. Tutaj bardziej o kuzynce, którą dziś odwiedziłam niż o mnie. Zupełnie nie wiedziałam co jej powiedzieć. Przypomniało mi się siebie sprzed dwóch lat. Jedyne, co mogłam zrobić to przytulić i otrzeć łzy. Minie, zawsze z czasem mija, ale zanim minie to wydrze z człowieka tyle siły ile się tylko da. Ja już to wiem, ona już też. Nie pierwszy z resztą raz.

Jeśli wszystko pójdzie jak trza to piątkowy wieczór spędzę w łódzkim kinie. I naprawdę nie ważne, na jakim filmie. Dla mnie wyjazd z mojego zapyziałego Sieradzewa to takiego przybytku jak kino i to jeszcze w dużym mieście Łódź jest niczym atrakcyjna wycieczka egzotyczna! No dobrze... może troszkę przesadziłam. Ale tak tyci tyci. I już jutro z rana zasuwamy do MOPS'u na umówienie sie na potwierdzenie. A zielona galaretka jest fajna. Naprawdę naprawdę!

11 lipca 2005; 20:11
No i kupa. Kina w piątek nie będzie. Być może w przyszłym tygodniu. Być może. Może, być może.