Dobrze. Albo i nie. Udaję, że nic się nie dzieje. A jeśli nawet to gram przed sobą, że to bujda. Tak po prostu, żeby znów nie dopuścić do siebie rozczarowania. Ukrywam przed sobą, że było mi dobrze. Może czasem szepnę to po cichu, ale zaraz potem opamiętuję się i doprowadzam do porządku. Nie można mi się zapędzić. Mogę myśleć o niebieskim niebie, o białej ziemi, o płonących latarniach i psach szczekających na ulicach... byle nie o koledze z wojska. Bo co gdyby, jakby nagle znów to samo. Jakby, gdyby, co by znów jak bańka mydlana. Więc, a więc milczę o tym i pomijam dotychczasowe fakty.
Jest spokojnie, jest spokojnie. Będę powtarzała sobie do czasu, kiedy będzie można, wszytko wypowiedzieć na głos. O ile kiedykolwiek będzie można...
Wrócił mi cały marazm. Może to jest jakaś dysfunkcja mojego mózgu, która nie pozwala na to żeby cieszyć się z niczego. (bo z czego za bardzo nie ma.) Mam trochę dość tej doktryny opartej na dysfunkcjach rodziny. Ciekawe czy ten, który to wymyślił to przeżywał to również. Zdaje się mowa w tej chwili o Panu Freudzie. Tak, więc powątpiewam w jego doświadczenie w tym temacie. A szkoda. Nie wiedział, co traci. Walczyć kazałeś? A ja nie mam już siły, motywacji też jakoś mi brak...
W obecne wieczory zajmuję się piciem mleka w litrach, wylewaniem żali, w litrach również. Zastanawianiem się nad tym, czego mi brak, a czego mam w nadmiarze i patrzeniem na sypiący się z nieba śnieg. Nie trzymam formy wieczorami. Nawet już nie próbuję.
--
//A mnie oszukuj mile uśmiechem, słowem, gestem, dopóki jestem, dopóki jestem...//
♪♪ Seweryn Krajewski - Kiedy mnie już nie będzie.mp3