wtorek, 28 czerwca 2005

aż strach się bać

Nie mam już siły przeżywać tego wszystkiego w sobie. Takie moje małe tsunami. Nawracająca fala złudzeń i żalu. Czuję się jak guma do żucia. Przeżuta i wypluta. Wciąż się boję. Myśleć i nie myśleć, kochać i nie kochać, żyć i umierać. Nawet bać się boję. Uciekłabym stąd, ale... ale się boję. Z resztą tak samo jak i jak zostać.

Nie wiem, co mi wczoraj odbiło po tym piwie, że poszłam tego fryzjera. Nie, że w ogóle poszłam, ale, że akurat do tego. Można określić to jednym słowem: masakra. W życiu nie miałam takiej tragedii na głowie. Wyglądam jak przez lufcik. I jeszcze ta szkoła. Robią nas gówno i gówno robią sobie z tego. Nie przyjeżdża na wykłady i później jeszcze wielkie pretensje do garbatego, że ma dzieci proste. W tym roku słowo wakacje mogę z pewnością wymazać ze swojego słownika. Myślałam, że będę miała spokój i chociaż w lipcu wypocznę a tu kupa. Nadal trzeba kuć. Fakt, że nic nie mogę zrobić z tą sytacją. Że cokolwiek zrobię zostanie wykorzystane przeciwko mnie, ta jak to dziś doświadczyliśmy. Że jedyne, co można zrobić to podporządkować się sprawia, że biję się i ich /tę całą uczelnie. szlak by ich wszystkich trafił./ w myślach. No nic, idę ryć.


--
zbyszek, zbyszek... idzie do wojska!